Turyn część druga – miejsca

Odrobinę zacierają mi się już wspomnienia turyńskie – mam zdjęcia, mam smak potraw na końcu języka, choć polskie smaki powoli go wypierają. Z zadowolenia ciała i umysłu spowodowanych przez powietrze ciepłe i wiosenne nie pozostało już praktycznie nic (uparcie wypieram ze swoich myśli fakt, że jest plucha, jest wilgotno i powoli zaczynam odczuwać skutki przedwiośnia). Nie zrozumcie mnie źle, ja kocham przedwiośnie! Ten moment przejścia, te pierwsze dźwięki nowej pory roku  – słychać ptaki i słychać naturę. Pachnie inaczej, świeżej. Ostatnio był jeden taki piękny dzień. Teraz – powstrzymam się od komentarza, tak chyba będzie najlepiej. Żeby nie tracić więcej czasu i wspomnień, raz, dwa oto:

lista kilku zupełnie nieobowiązkowych miejsc w Turynie

Mają tam oczywiście główny plac, główną ulicę i jakiś tam budynek. Wszystko to wyskoczy Wam po wklepaniu w google: atrakcje w Turynie. U mnie będzie inaczej, bo przez główny plac przeszłyśmy parę razy twierdząc, że jeszcze tam wrócimy przecież i zobaczymy wszystko dokładniej! Główną ulicą pędziłyśmy po to, żeby dojść do tych mniej głównych (czy to nie logiczne?), które wyglądały na prawdę ładnie w wiosennym słońcu.

img_1545img_1553img_1571img_1573img_1578img_1579img_1584img_1586img_1593

 Do głównego budynku bardzo chciałyśmy wejść, ale niestety nie było nas stać, bo było tam Muzeum Kinematografii:

img_1550

img_1551

To znaczy może i by było, ale to 15 euro za bilet spożytkowałyśmy lepiej na lunch w Mediolanie. I tutaj wtrącenie z innego, niż temat postu by przewidywał, miasta:

W Mediolanie ludzie nie jedzą, tak stwierdziłyśmy. W promieniu 3 lub 4 kilometrów od dworca w stronę Duomo wszędzie tylko to samo – Prada, Chanel obok Yves Saint Laurent. Wszystko pięknie, ale o to co my z tymi sklepami mogłyśmy zrobić:

16838062_1327293177308847_936316875_n16830520_1327293167308848_862636106_n.jpg

I tak też robiłyśmy, komentując bijącą po oczach brzydotę w niektórych witrynach (I’m so sorry, Chanel…). Wracając do opowieści, kiedy byłyśmy już naprawdę bez nadziei, niczym ląd na wzburzonym oceanie naszym oczom ukazała się knajpa, taka akurat, z pizzą po 8 euro. Szczęśliwe i głodne doczłapałyśmy do stolika. Dalej, zakochał się w nas kelner Neapolitańczyk – oh, taki słodki prawie Pablo Escobar (nikt mi nie powie, że jego postać w „Narcosie” nie wzbudza pozytywnych uczuć!) i zaczął swój kelnerski taniec zachwalając nam świeżo przywiezione składniki z Neapolu. Podsłuchuję jednym uchem, starając się zrozumieć włoską rozmowę. I zrozumiałam, tak jak B. z nim rozmawiająca – świetnie, super, że ma Pan te składniki, ale słowo „zamawiamy” tam nie padło, for sure. Bawimy się świetnie, czekamy na trzy dorodne pizze, aż tu nagle przed nami wyrasta talerz z trzema kulkami mozzarella di bufala, ułożonymi na rukoli i pomidorkach oraz ogromny talerz kawałków ciasta na pizzę smażonego w głębokim oleju, posypanymi parmigiano reggiano, z sałatą i pomidorami. Nieważne, jakbym starała się teraz opisać nasze miny i przede wszystkim przerażoną twarz B, kiedy wypowiedziała te proste, acz dosadne słowa, w których kryło się całe nasze przerażenio-zaskoczenie: „Dziewczyny, spierdoliłam” i tak słowa by tego nie oddały. Koniec końców, ta pomyłka okazała się jednym z najlepszych naszych posiłków podczas całego pobytu, a resztę tej pizzy jadłam jeszcze na śniadanie już w Polsce. Dlatego jako jedyne miejsce do odwiedzenia w Mediolanie polecam tę knajpę:

Fratelli La Bufala
Galleria S.Carlo 6

16710335_1320760577962107_147856191_o

16735101_1320760591295439_932220099_o

Po tej krótkiej anegdotce zapraszam do obejrzenia zdjęć z tych paru miejsc, gdzie byłyśmy. Mianowicie w każdą pierwszą niedzielę miesiąca w Turynie nie trzeba płacić za wejście do muzeów państwowych. Padał wtedy deszcz, byłyśmy zmęczone po sobotnim wieczorze, ale dzielnie przeszłyśmy parę kilometrów pod górę, żeby odwiedzić Villa della Regina, która dumnie stoi na jednym z otaczających Turyn wzgórz. Z pewnością pałac musi wyglądać przepięknie wiosną czy latem, bo w tę niedzielę lekko nas straszył posągami bez głowy i ogólnym klimatem jak z dobrego dreszczowca. Białej damy nie było. No trudno.

Villa della Regina
Strada Comunale Santa Margherita, 79, 10131 Torino, Włochy

img_1450img_1452img_1463img_1451img_1421img_1441img_1447img_1445

Obok jest drugie wzgórze, a na jego czubku stoi klasztor Kapucynów. Warto się tam wspiąć, mimo naprawdę stromej ścieżki. Widok jest cudowny. I darmowy przede wszystkim, bo można również obejrzeć miasto ze szczytu tego budynku, o którym pisałam wcześniej – Mole Antonelliana, w którym mieści się  Museo Nazionale del Cinema. Wejście na wieżę kosztuje 7 euro, a przecież z Monte Cappuccini widzimy tą ładniejszą część panoramy, bo razem z tym dziwem architektonicznym (pierwotnie miał zostać synagogą), który aktualnie jest najwyższą budowlą ceglaną w Europie.

img_1687img_1688img_1690img_1706img_1724img_1846img_1894img_1895

Im dalej w wieczór można iść w miejsca bardziej tajemnicze i intrygujące. Na via Giuseppe Verdi istnieje bardzo ciekawe miejsce, prowadzone przez artystów. Ciemna piwniczka, kilka kanap, jakby nieużywany bar. Możesz przynieść własny alkohol, własne jedzenie i po prostu sobie z nimi posiedzieć. Kiedy tam przyszłyśmy mieli akurat jakieś spotkanie i choć od razu powiększyli krąg zapraszając nas do środka, odmówiliśmy, bo połowa z nas niewiele by po włosku powiedziała. Dlatego kulturalnie usiedliśmy sobie na dworze, bo wieczór był bardzo ciepły. Choć może to przez wino?

via Giuseppe Verdi 9 w bramie

img_1936img_1942img_1972

Na drugi dzień pojechaliśmy odetchnąć świeżym, górskim powietrzem, do miejscowości Lanzo Torinese (około godziny pociągiem ze stacji Madonna di Campiglio). Bardzo uroczo tam było. W około Alpy, mały kościółek i wąskie uliczki, trochę jak w Słowenii. Szliśmy ciągle, ciągle w górę, a potem skręciliśmy w szlag turystyczny, gdzie było tak pięknie jak tylko może być w górach. Kamienne kapliczki, skały i ogromna przestrzeń.

img_1992img_1993img_1997img_1999img_2077img_2096

Na wystającym kawałku ziemi, wiszącym nad rzeką zjedliśmy piknik. Wiało strasznie, ale to nic nie znaczy, kiedy je się w takim miejscu, zwłaszcza, że jest prosto i dobrze, z włoskimi szynkami i pomidorami.

img_2105img_2110img_2114img_2108img_2118img_2102

Dalej szlak prowadzi do kapliczki di San Rocco i do pięknego mostu, nazwanego mostem Diabła. Legenda głosi, że to sam diabeł go zbudował, w zamian na pierwszą duszę, która go przekroczy. Przechytrzyli go jednak, skubańcy, a rozwścieczony diabeł wbił swoje łapy w okoliczne skały tworząc Marmitte Dei Giganti (tj. zagłębienie eworsyjne w formie cylindra o wygładzonych ścianach i zaokrąglonym dnie, wyżłobione w litej skale pod ciałem lodowca przez wody subglacjalne lub też przez wody supraglacjalne, spadające w głąb lodowca młynem lodowcowym i wprawiające w ruch wirowy kamienie znajdujące się na dnie tego zagłębienia). Dużo na świecie jest tych diabelskich mostów, ale ten jest nadzwyczaj ładny. Z XIV wieku, z kamienia, tuż nad rzeką Stura di Lanzo, która wpływa do turyńskiej Po. Miałam wrażenie, że jesteśmy oddaleni od jakiejkolwiek cywilizacji o lata świetle, chociaż powrót do miasteczka zajął nam około 10 minut.

img_2126img_2139img_2142img_2158img_2149img_2173img_2179img_2183

Zapadł zmierzch, wróciliśmy do Turynu. Na zasłużony makaron, który smakował najwspanialej na świecie po całym dniu w górach.

 

Reklamy

One thought on “Turyn część druga – miejsca

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s